Dlaczego nie robimy tego co powinniśmy i nie możemy przestać robić rzeczy jakich robić nie powinniśmy?

Gdy wiedza nie wystarcza

Czy zdarzyło Ci się wiedzieć dokładnie, co powinieneś zrobić – a mimo to tego nie zrobić? Na przykład wiele osób doskonale zna zasady zdrowej diety i plan treningowy, a jednak nie potrafi schudnąć. Dlaczego tak się dzieje? Przecież wiedza jest – brakuje czegoś innego. Statystyki (choć dyskusyjne co do dokładnych wartości) bywają bezlitosne: mówi się często, że tylko około 5% osób z nadwagą, które otrzymają skuteczny plan odchudzania, osiągnie trwały sukces. Innymi słowy, nawet mając sprawdzoną receptę, wielu nie dotrze do celu. Nawet jeśli ta słynna wartość 5% jest przestarzała (pochodzi z badań z 1959 roku) i nowsze analizy wskazują nieco wyższe odsetki sukcesu, wciąż większość ludzi nie wykorzystuje posiadanej wiedzy w praktyce.

Dlaczego tak jest? Czy problemem jest brak silnej woli, „słaby charakter”, a może coś głębszego? Rodzi się pytanie: kto tak naprawdę podejmuje decyzje w naszym życiu? Czy jesteśmy tylko naszym mózgiem – zbiorem neuronów generujących myśli – czy też jest w nas coś więcej, jakaś świadomość wykraczająca ponad samą maszynerię mózgową?

Retoryczne pytanie: Skoro „ja” wiem (np. jak schudnąć), ale mój organizm i tak robi swoje, to kim jest to „ja”, a kim/czym jest reszta mnie? Mózg bywa nazywany narzędziem – ale kto się nim posługuje? W tym tekście w formie popularnonaukowej przyjrzymy się kolejno: czym jest świadomy umysł, czym jest podświadomość, a na koniec – kim (być może) jesteśmy naprawdę poza tymi warstwami. Będziemy krok po kroku budować argumenty, posługując się przykładami z życia codziennego, wynikami badań naukowych oraz mądrościami filozofów i klasyków duchowości.

Nie zabraknie odniesień do psychologii (np. koncepcji „jeźdźca i słonia” czy badań nad świadomością i nawykami), do historii myśli (od Platona po współczesne terapie), a nawet do tradycji duchowych. Wszystko po to, by zrozumieć różnicę między umysłem świadomym, podświadomością, a owym tajemniczym „kimś ponad mózgiem”, kto – jak wiele wskazuje – słyszy nasze myśli i może pokierować naszym życiem lepiej niż same informacje zgromadzone w głowie.

Świadomy umysł i racjonalny „jaździec”

Na co dzień utożsamiamy się z naszym świadomym umysłem. To ten strumień myśli, wewnętrzny głosik, który teraz być może mówi: „czytam właśnie ciekawy artykuł”. Świadomy umysł to ta część nas, która planuje, analizuje, podejmuje rozważne decyzje. Kiedy rozwiązujesz zadanie matematyczne, prowadzisz rozmowę albo celowo skupiasz uwagę na tekście – to działa Twoja świadomość. Psychologowie nazywają ją czasem umysłem racjonalnym, wolitywnym, „systemem 2” (od koncepcji Daniela Kahnemana). Jest wolniejsza, analityczna, męczy się po pewnym czasie.

Jednak świadome myślenie to tylko czubek góry lodowej. Badania z dziedziny neurokognitywistyki pokazują, że ogromna większość przetwarzania informacji odbywa się poza naszą świadomością. Klasyczny przykład podaje Encyklopedia Britannica: nasze zmysły wysyłają do mózgu około 11 milionów bitów informacji na sekundę, podczas gdy świadomy umysł jest w stanie przetworzyć zaledwie około 50 bitów na sekundę. Różnica jest kolosalna! Oznacza to, że świadomość przypomina wąski strumień informacyjny płynący przez nasz umysł, podczas gdy gdzieś w tle toczy się potężna rzeka nieuświadomionych procesów.

Powstało wiele obrazowych analogii, by wyjaśnić relację między świadomą a nieświadomą częścią umysłu. Psycholog Jonathan Haidt zaproponował metaforę jeźdźca i słonia. Wyobraź sobie małego człowieka (jeźdźca) siedzącego na grzbiecie ogromnego słonia. Jeździec reprezentuje nasz racjonalny, świadomy umysł, który trzyma lejce i wydaje polecenia. Słoń symbolizuje emocje, instynkty i wszystkie automatyczne, podświadome procesy. Jeździec jest inteligentny i potrafi planować drogę, ale to słoń ma prawdziwą siłę sprawczą. Jeśli słoń zdecyduje skręcić – żaden malutki jeździec go nie powstrzyma. I rzeczywiście, kiedy jesteśmy spokojni, słoń (nasze emocje/podświadomość) może współpracować z jeźdźcem – idzie tam, gdzie jeździec chce, choć to słoń niesie cały ciężar. Jednak gdy słoń się spłoszy, zdenerwuje albo zapragnie czegoś innego – pędzi, gdzie chce, a racjonalny jeździec może tylko bezradnie się przyglądać albo racjonalizować to, co słoń już postanowił.

Ta metafora brzmi przekonująco, a co mówi nauka? Otóż wiele badań potwierdza, że nasze decyzje na co dzień w przeważającej mierze zapadają automatycznie, zanim świadomie pomyślimy. Szacuje się, że nawet 95% decyzji podejmujemy w oparciu o emocje i intuicję, a dopiero później „dopowiadamy sobie” logiczne uzasadnienie. Innymi słowy, słoń zwykle pierwszy rusza w wybranym kierunku, a jeździec biegnie za nim tłumacząc: „Tak miało być, ja tak chciałem(am)”. Psychologowie nazywają to zjawisko konfabulacją – nasz rozum potrafi wytworzyć znakomite racjonalizacje dla działań, których prawdziwe motywy tkwiły w nieświadomym umyśle.

Dobitnym przykładem są słynne eksperymenty Benjamina Libeta nad wolną wolą. Wykazał on, że zanim świadomie podejmiemy decyzję o wykonaniu prostego ruchu (np. przyciśnięciu guzika), mózg już wcześniej się do tego zabiera. Aktywność mózgu poprzedza świadomą intencję o ułamek sekundy. To tak, jakby słoń zaczął skręcać, zanim jeździec zorientował się, że chce skręcić. Wielu uznało, że to dowód na iluzję wolnej woli – w końcu decyzje podejmuje mózg, zanim „ja” je odczuję. Sam Libet jednak zauważył coś ciekawego: choć nasza świadomość jest spóźniona, to ma ostatnie słowo. W jego badaniach uczestnicy potrafili w ostatniej chwili powstrzymać zaplanowany ruch – świadomie zadecydować „nie, jednak tego nie zrobię”. Libet nazwał to „wolną wolą do powstrzymania” („free won’t”), sugerując, że chociaż impuls do działania rodzi się podświadomie, to świadomy „jaździec” może przynajmniej szarpnąć cuglami tuż przed krawędzią przepaści. To daje nam pierwszą wskazówkę: świadomy umysł, choć słabszy od podświadomych sił, ma pewną kontrolną rolę, jeśli potrafi z niej skorzystać.

Podświadomość – potężny „słoń” naszych nawyków

Przyjrzyjmy się teraz bliżej temu słoniowi, czyli podświadomości. Czym ona właściwie jest? Termin „podświadomość” nie ma jednej, ścisłej definicji naukowej – psychologowie wolą mówić o nieświadomości (ang. unconscious) jako zbiorze procesów zachodzących poza kontrolą świadomości. W języku potocznym podświadomość uchodzi za coś w rodzaju „drugiego umysłu”, który działa w tle. Często przypisuje się mu cechy niemal magiczne: słyszymy, że podświadomość jest dużo potężniejsza od świadomości, że steruje 90% naszego życia, że kryje się w niej ukryty geniusz albo bestia. Czy to prawda?

Rzeczywiście, jak już wspomnieliśmy, większość przetwarzania informacji odbywa się poza świadomością. To podświadomość prowadzi auto, kiedy jedziemy znaną trasą „na pamięć”, to ona stoi za naszym nagłym odruchem cofnięcia ręki od gorącej kuchenki zanim jeszcze pomyślimy („parzy!”). Nawyki, które powtarzamy codziennie, zapisują się w naszych neuronach jak zautomatyzowane programy. Rano myślisz o tym, która noga pierwsza ma stanąć na podłodze? Nie – działasz automatycznie. Gdy prowadzisz samochód od lat, nie analizujesz każdego ruchu kierownicą – robisz to odruchowo, myśląc o niebieskich migdałach. To właśnie potęga podświadomości: odciąża naszą ograniczoną świadomość, przejmując rutynowe zadania.

Należy jednak wyjaśnić pewien mit. Podświadomość to nie jest osobny, sprytniejszy od nas „mózg w mózgu”. Często w literaturze self-help maluje się ją jako tajemną istotę, która ma własne zdanie, cele, a nawet IQ wyższe niż nasz świadomy umysł. W rzeczywistości nie ma dowodów, by człowiek o niskim ilorazie inteligencji na poziomie świadomym miał w podświadomości ukrytego Einsteina. Podświadomość raczej nie tworzy własnych planów czy teorii – ona wykonuje zaprogramowane czynności i kieruje się emocjami, które ewolucyjnie mają nas prowadzić (np. do przyjemności, unikania bólu, szukania akceptacji). Jest potężna, bo działa szybko, automatycznie i bez wysiłku – podczas gdy myśl świadoma jest wolna i łatwo ją zakłócić. Ale to potęga trochę ślepa: podświadomość nie ocenia logicznie, czy coś ma sens moralny albo długofalowo nam służy. Słoń może nas ponieść prosto w bagna uzależnień czy destrukcyjnych nawyków, jeśli tak został wyuczony lub jeśli targają nim silne emocje.

Przykładowo, osoba, która od dziecka zajada stres słodyczami, ma w podświadomości utrwalone skojarzenie: smutek → czekolada przynosi ulgę. Możemy świadomie wiedzieć, że to niezdrowe, możemy chcieć schudnąć – ale gdy przychodzi gorszy dzień, nasz wewnętrzny słoń (emocjonalny mózg) rusza prosto do szafki ze słodyczami, niosąc nas na grzbiecie. Świadomy „jeździec” woła: „Hej, dieta!”, ale cóż z tego – mechanizm nawykowy bywa silniejszy. W efekcie kolejny raz kończymy z tabliczką czekolady, zastanawiając się: „Dlaczego ja to zrobiłem/am, przecież wiedziałem/am?”.

Podobnych przykładów jest mnóstwo: prokrastynacja („powinienem pisać raport, ale odpalę jeszcze jeden filmik”), wybuchy złości („wiem, że krzyczenie nic nie da, ale coś we mnie pękło”), nałogi („to mój ostatni papieros – obiecałem sobie… a jednak zapaliłem”). W każdym z tych przypadków świadomość zna właściwe rozwiązanie, ale podświadome impulsy wygrywają. Ta rozbieżność bywa źródłem ogromnej frustracji. Św. Paweł pisał dwa tysiące lat temu w liście do Rzymian: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę”. Choć kontekst religijny inny, ileż to razy współczesny człowiek mógłby westchnąć podobnie nad własną słabością woli.

W psychologii już klasycy zastanawiali się, jak to możliwe, że rozum nie rządzi nami w pełni. Freud wprowadził koncepcję id, ego i superego, gdzie ego (świadomość) musi lawirować między popędami id (pierwotny „słoń” żądzy) a głosem superego (wewnętrzny moralista). Jung mówił o cieniu – nieakceptowanych częściach nas spychanych do nieświadomości, które jednak wpływają na nasze czyny. Psychologia behawioralna z kolei uczy, że wiele naszych zachowań to wyuczone reakcje na bodźce, utrwalone warunkowaniem – czyli nawyki właśnie. Wszyscy oni w gruncie rzeczy opisywali różne aspekty tego samego zjawiska: nasze nieświadome programy potrafią pokonać świadome intencje.

Co jednak najważniejsze – podświadomość nie jest wrogiem. To dzięki niej w ogóle funkcjonujemy sprawnie. Gdybyś wszystko musiał robić świadomie – od regulacji oddechu po analizę każdego słowa rozmowy – byłbyś kompletnie sparaliżowany nadmiarem danych. Automatyzm jest potrzebny. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy automatyczne wzorce są sprzeczne z naszymi świadomymi celami lub wartościami.

Czy da się coś z tym zrobić? Intuicja podpowiada dwie strategie: (1) wzmacniać „jeźdźca”, aby miał więcej kontroli i siły wobec słonia, albo (2) przechytrzyć lub ułożyć sobie ze słoniem, tak by chciał podążać tam, gdzie pragniemy. W praktyce to drugie podejście okazuje się skuteczniejsze. Wracając do metafory: nie wygramy ze słoniem siłowo, ale możemy go tresować, karmić dobrą marchewką i omijać rzeczy, które go płoszą. Co to znaczy w realnym życiu? Że kluczem jest praca nad nawykami, emocjami i przekonaniami na głębszym poziomie niż sama intelektualna wiedza.

Kto słyszy nasze myśli? Poszukiwany obserwator

Skoro więc mózg (świadomy + podświadomy) wykonuje całą tę robotę – gdzie tu miejsce na prawdziwe „ja”? Czy my to tylko ten rozumny jeździec, który trzyma się grzywy słonia, czy może jeszcze coś więcej – jeździec, który jest świadomy i słonia, i samego siebie na słoniu? Brzmi zawile, ale zastanów się: potrafisz przecież obserwować własne myśli i uczucia. Gdy ogarnia Cię złość, czasem jakaś część Ciebie notuje: „O, aż się we mnie gotuje ze złości”. Albo łapiesz się na myśli: „Znów rozpraszam się zamiast pracować” – jak gdyby w Tobie był wewnętrzny spoglądacz, komentator zdarzeń.

Kim jest ten spoglądacz? Czy to nadal Twój świadomy umysł, czy może coś ponad nim? W psychologii istnieje termin metapoznanie – zdolność do myślenia o myśleniu, świadomosć swojej świadomości. Nowoczesne metody terapeutyczne, jak Akceptacja i Zaangażowanie (ACT) czy terapie oparte na uważności, kładą duży nacisk na rozwijanie w sobie takiego właśnie obserwatora. W ACT mówi się o koncepcji „self-as-context” (ja jako kontekst) w odróżnieniu od „self-as-content” (ja jako treść). Co to oznacza? Że nie jesteś zawartością swoich myśli czy emocji, lecz raczej tą świadomością, która ich doświadcza. Innymi słowy: myśli i uczucia to obiekty pojawiające się w polu Twojej świadomości, a Ty jesteś tym, kto je widzi, słyszy, czuje.

To bardzo stara idea, obecna w różnych kulturach i filozofiach. Już w starożytności filozofowie zdawali sobie sprawę z istnienia „ja obserwującego”. W filozofii hinduskiej mówi się o ātman jako o wewnętrznym obserwatorze, świadomości będącej świadkiem wszystkich zdarzeń. Teksty duchowe i nauczyciele medytacji od wieków radzą praktykować utożsamianie się z czystą świadomością zamiast z myślami. Przykładowo, XIX-wieczny mistyk i filozof Swami Vivekananda mawiał: „Trzymaj się myśli: Jestem świadkiem, który patrzy, jak mój umysł wędruje. Umysł nie jest mną. W tych słowach: „umysł nie jest mną, ja jestem świadkiem” – wyraźnie rozdziela narzędzie (umysł, myśli) od prawdziwej tożsamości (świadomego ja).

Podobnie we współczesnej psychologii praktykowanej np. w kontekście mindfulness uczy się tzw. decentrowania. Polega ono właśnie na tym, by nabrać dystansu do treści własnego umysłu – zobaczyć myśl jako przemijające wydarzenie, a nie absolutną prawdę o mnie czy świecie. Badania pokazują, że taka umiejętność „stania z boku” swoich myśli działa leczniczo. Osoby potrafiące spojrzeć na negatywną myśl w stylu: „Jestem do niczego” i powiedzieć sobie: „Widzę, że mam myśl, iż jestem do niczego, ale to tylko myśl, nie fakt” – szybciej wychodzą z depresji i lęku. Przyjęcie obiektywnej perspektywy wobec własnych przeżyć sprawia, że przestają one nadmiernie i nieodpowiednio wpływać na nasze emocje, zachowanie i poczucie siebie. Innymi słowy, kiedy stajemy się obserwatorem, a nie ofiarą naszych myśli, odzyskujemy nad nimi władzę.

Ale kim jest ten obserwator? Czy to jakaś dodatkowa „warstwa” naszej istoty, czy po prostu sztuczka mózgu? Tu dochodzimy do subtelnej i wciąż nierozstrzygniętej kwestii natury świadomości. Filozofowie umysłu nazywają to problemem qualiów albo trudnym problemem świadomości (David Chalmers). Z punktu widzenia nauki redukcjonistycznej wszystko, czego doświadczamy, jest wytworem mózgu. Jednak nawet wielu twardych naukowców przyznaje, że nasza zdolność bycia świadomym podmiotu („czuję, myślę, wiem, że jestem”) jest czymś niezwykłym.

Można wierzyć, że owo poczucie „ja” to po prostu iluzja generowana przez neurony (tak twierdzi np. Daniel Dennett czy niektórzy neurobiolodzy). Ale można też przyjąć perspektywę, że nasza głęboka tożsamość – to, co nazywamy „mną” w najszerszym sensie – nie sprowadza się do neuronów. Że mózg jest pewnego rodzaju narzędziem albo interfejsem, przez który przejawia się świadomość. Tak jak radio odbiera fale i zamienia je na dźwięk – czy radio wytwarza muzykę? Nie, muzyka przyszła spoza radia, a radio tylko umożliwiło jej zabrzmienie. Oczywiście, to tylko metafora i nie twierdzimy tutaj, że nauka już dowiodła istnienia „duszy” niezależnej od mózgu. Jednak warto wiedzieć, że pytanie o to, kim jest „obserwator” – czy jest emergentną właściwością sieci neuronów, czy też pierwotną esencją naszej istoty – pozostaje otwarte.

Co ważne, niezależnie od metafizycznych sporów, przyjęcie roboczo, że „jest we mnie ktoś ponad mózgiem” może mieć kolosalne praktyczne znaczenie. Gdy oddzielisz siebie-świadka od swoich myśli, zaczynasz rozumieć, że nie jesteś swoimi nawykami, emocjami, ani nawet przekonaniami. Możesz stanąć z boku i powiedzieć: „Tak, mam w sobie nawyk odkładania na później, ale to nie ja, to tylko utarty schemat w moim mózgu – mogę go zmienić”. Albo: „Czuję teraz ogromny lęk, ale moja istota jest głębiej niż ten lęk – obserwuję go i pozwalam mu przepłynąć, nie definiuje on mnie”. Taka postawa jest wyzwalająca.

Mit „prawdziwego ja” – błąd, który często popełniamy

W tym miejscu warto jednak rozwiać pewne nieporozumienie. Mówienie o „prawdziwym ja ponad mózgiem” bywa opacznie rozumiane. Nie chodzi o to, że istnieje wewnątrz nas jakiś drugi, stały byt (mały człowieczek w głowie), który steruje resztą jak marionetką. To byłaby pułapka incepcji – homunkulus, który z kolei miałby kolejny mózg i tak bez końca. Kiedy mówimy o prawdziwym „ja” jako obserwatorze, mamy na myśli raczej perspektywę niż odrębną istotę. Mit polega na przekonaniu, że „taki już jestem i nic nie mogę zmienić”, bo utożsamiamy się z treściami swojego umysłu. Ktoś powie: „Jestem nerwowy, to silniejsze ode mnie” albo „Jestem nieśmiały z natury, już tak mam”. W ten sposób definiuje siebie poprzez aktualne cechy czy nawyki (treści umysłu). Traktuje to jako swoje niezmienne „ja”. A to właśnie pomyłka.

W rzeczywistości wiele z tych cech to programy, które możemy przeprogramować. Jeśli jednak wierzysz, że cała Twoja osoba = Twój obecny mózg (ze wszystkimi ułomnościami), to faktycznie staniesz się więźniem swojego stanu wyjściowego. Natomiast jeśli uznasz, że Twoje „ja” jest czymś więcej, co może dokonać zmiany w mózgu – otworzysz sobie drogę do rozwoju. To jak różnica między stwierdzeniem: „Mam choleryczny temperament i już” a „Zauważam w sobie choleryczne reakcje, ale to nie jest cały ja, mogę nad tym pracować”.

Wiele tradycji duchowych mówi wręcz, że przeciętny człowiek śpi – działa na autopilocie podświadomych uwarunkowań – i musi się „obudzić”, czyli uświadomić sobie siebie jako świadka, by odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Gurdżijew, mistyk XX-wieczny, głosił ideę „przebudzenia” z mechanicznego działania. Buddyści praktykują uważność właśnie po to, by nie reagować automatycznie, tylko widzieć swoje doświadczenia takimi, jakie są, i wybierać świadomie reakcję. W chrześcijaństwie też znajdziemy echa: „czuwajcie” – mówił Jezus; św. Paweł nawoływał do „odnowy umysłu”. Te różne języki opisują podobny proces: dysocjacji od starego autopilota i identyfikacji z wyższym, wolnym aspektem siebie.

Psychologia humanistyczna nazywała to dążeniem do autentycznego ja (np. u Carla Rogersa „prawdziwe self” vs „fałszywe self” narzucone przez oczekiwania). Współczesne badania nad osobowością mówią o plastyczności cech i roli przekonań o sobie. Carol Dweck udowodniła, że ludzie przekonani o stałości swoich cech (fixed mindset: „już taki jestem, nie zmienię się”) osiągają mniej niż ci, co wierzą w możliwość rozwoju (growth mindset). Innymi słowy, wiara w to, że mogę się zmienić, często staje się proroctwem samospełniającym.

Jak zatem nie popełnić błędu? Nie utożsamiaj swojego „ja” z chwilowymi ograniczeniami. Możesz je posiadać, ale nie one posiadają Ciebie. Masz mózg – ale nie jesteś swoim mózgiem. Masz nawyki – ale możesz je zmienić. Masz myśli – ale możesz je obserwować i kształtować. Brzmi to może banalnie, lecz w praktyce wiele osób żyje tak, jakby byli skazani na bycie sterowanymi przez siły wewnętrzne poza ich kontrolą. Czasem wręcz usprawiedliwiają nimi bierność: „Nic na to nie poradzę, mój mózg/podświadomość tak działa”. To prawda, że działamy według nawyków, ale nieprawda, że nie da się ich modyfikować.

Droga do wolności: ja jako trener swojego mózgu

Skoro więc nasze prawdziwe „ja” (jakkolwiek je pojmujemy – duchowo czy psychologicznie jako metaperspektywę) może stanąć ponad automatyzmami mózgu, to właśnie w nim tkwi nadzieja. Jak praktycznie skorzystać z tej wiedzy? Wyobraź sobie, że Twój mózg to ogród, a Ty – ogrodnik. Możesz zostawić ogród samemu sobie: wyrosną przypadkowe chwasty nawyków, jakieś nasiona przywiane z zewnątrz (wpływy otoczenia, kultury, wychowania) dadzą plon, może coś się uchowa z dawnych, nie zawsze pożytecznych zasad. Albo możesz świadomie go uprawiać: pielić chwasty złych nawyków, siać dobre ziarna nowych przyzwyczajeń, przycinać to, co się rozrosło nadmiernie (np. skłonność do przesadnego martwienia się) i nawozić to, co służy Twoim wartościom.

Nauka potwierdza, że mózg ma ogromną plastyczność – zdolność do zmiany struktur i połączeń pod wpływem doświadczeń. Nazywa się to neuroplastycznością. Co więcej, istnieje koncepcja neuroplastyczności kierowanej wolą (self-directed neuroplasticity): to sytuacja, gdy intencjonalnie przeprogramowujemy nasz mózg poprzez świadomą praktykę. Innymi słowy, nasze wyższe „ja” może świadomie wpływać na podświadome wzorce, tworząc nowe nawyki i reakcje. Dr Jeffrey Schwartz, badacz OCD, stosował tę metodę ucząc pacjentów rozpoznawać natrętne myśli jako symptom mózgu, a następnie przekierowywać uwagę na inne działanie – to w dosłownym sensie przebudowywało ich neuronalne ścieżki.

Jak praktykować taką „tresurę słonia”? Oto kilka przykładów podejść, które okazują się skuteczne (wszystkie opierają się na zaangażowaniu naszego obserwującego, prawdziwego „ja” do pracy nad mózgiem):

  • Uważność i medytacja: Regularne ćwiczenie obserwacji własnych myśli i oddechu wzmacnia „mięsień” bycia świadkiem. Z czasem zauważasz wcześniej moment, gdy słoń (podświadomość) zaczyna galop – co daje jeźdźcowi szansę zareagować. Medytacje budują też przestrzeń między bodźcem a reakcją. Pamiętasz Frankla? „Między bodźcem a reakcją jest przestrzeń. W tej przestrzeni leży nasza wolność wyboru” – pisano o jego postawie w obozie koncentracyjnym. Frankl przetrwał, bo odkrył, że choć oprawcy mogli kontrolować jego ciało, jego wewnętrzne „ja” pozostało wolne – mógł wybierać postawę. Medytacja uczy właśnie dostrzegać tę przestrzeń i z niej korzystać.
  • Techniki terapii poznawczej: Tutaj także chodzi o zmianę perspektywy na myśli. Uczymy się identyfikować automatyczne negatywne przekonania („Jestem do niczego”) i podważać je lub reformułować świadomie. To nic innego jak akt wyższego „ja”, które ocenia myśl, zamiast ślepo w nią wierzyć. Zamiast „to prawda, jestem bezwartościowy” mówisz: „Mam myśl, że jestem bezwartościowy – skąd ona się wzięła? Czy na pewno jest prawdziwa?”. Już samo to zmniejsza jej moc.
  • Praca z przekonaniami (tzw. limiting beliefs): Wspomniane limiting beliefs, czyli ograniczające przekonania o sobie („nie zasługuję na sukces”, „nie jestem dobry w matematyce”), często siedzą głęboko w podświadomości, nabyte we wczesnym życiu. Aby je zmienić, trzeba je wydobyć na światło świadomości i zrozumieć, że to tylko myśli, nie obiektywna rzeczywistość. Badania opublikowane na łamach Harvard Business Review zwracają uwagę, że takie negatywne „historie”, które opowiadamy sobie w myślach, mają źródło w dawnych doświadczeniach i mogą być przeformułowane, kiedy świadomie je zakwestionujemy. W ten sposób przestają nas hamować.
  • Wyobrażanie sobie nowego „ja”: Ciekawą metodą jest wykorzystanie wyobraźni do zaprogramowania pożądanych reakcji. Nasz mózg nie odróżnia bardzo mocno realnej sytuacji od intensywnie wyobrażonej. Dlatego sportowcy wizualizują udane skoki czy biegi. Podobnie możemy wizualizować siebie zachowującego się zgodnie z naszym celem (np. widzieć siebie, jak z uśmiechem odmawiamy ciasta i idziemy pobiegać). To jakby świadomy trening słonia, dokarmianie go nowymi skojarzeniami – że bieganie = nagroda (endogenne endorfiny i satysfakcja).
  • Zmiana tożsamości na poziomie deklaracji: Autor James Clear (Atomic Habits) radzi, by zmiany zaczynać od stwierdzenia „Kim chcę być?”, nie tylko „co chcę robić”. Np. zamiast „chcę schudnąć” powiedz sobie: „staję się osobą dbającą o zdrowie”. To akt z poziomu „ja” – definiujesz siebie na nowo. Jeśli uwierzysz, że naprawdę jesteś już tą nową osobą (np. „jestem niepalący” zamiast „rzucam palenie”), Twój mózg zacznie za tym podążać. Badania nad nawykami wskazują, że takie podejście tożsamościowe wzmacnia motywację i trwałość zmiany, bo nasze działania chcemy spójnie dopasować do obrazu siebie.

W każdej z tych metod kluczowe jest, że inicjatywa pochodzi od świadomego „ja”, które modyfikuje mózg/podświadomość, a nie odwrotnie. To potwierdza tezę, że nie jesteśmy skazani na to, co „samo się” w nas dzieje. Możemy wystąpić w roli trenera własnego mózgu. Mózg jest plastyczny, ale potrzebuje przewodnika – takiego wewnętrznego ogrodnika czy właśnie tresera słonia. Ten przewodnik to Twoja świadoma wola, Twój obserwator, Twoje decydujące „ja”.

Czy to oznacza, że to „ja” jest jakimś bytem oderwanym od ciała? Niekoniecznie – możliwe, że jest to po prostu najwyższy poziom integracji mózgu sam w sobie. Ale z punktu widzenia doświadczania – czujemy, że to my decydujemy. I nawet jeśli filozofowie będą się spierać, czy ta wola to coś więcej niż neuronowe sprzężenia, Ty na własny użytek możesz przyjąć, że posiadasz w sobie moc sprawczą zdolną kształtować Twój mózg. Taka postawa sprawia, że przestajesz być ofiarą okoliczności (zewnętrznych i wewnętrznych), a stajesz się podmiotem zmiany.

Nadzieja w odkryciu siebie

Przeszliśmy długą drogę: od uświadomienia sobie, jak ograniczona i często bezsilna bywa nasza świadoma część, przez zrozumienie potęgi i mechaniczności podświadomości, aż po odkrycie wewnętrznego obserwatora, który może wszystko spiąć klamrą i nadać kierunek. Czy zatem mózg i podświadomość to dopiero początek? Wszystko wskazuje na to, że tak – że ponad nimi jest właśnie owo Ty, które może powiedzieć: „Mój mózg to narzędzie, korzystam z niego”.

To zmienia perspektywę o 180 stopni. Skoro mózg jest narzędziem, to nie jesteś nim zdeterminowany do końca życia. Narzędzie można ulepszać, czyścić, naprawiać, ale też odkładać, gdy niepotrzebne. Jeśli jakaś wiedza, którą posiadłeś, nie wystarcza, by rozwiązać Twój problem – być może musisz sięgnąć głębiej, do swojego nastawienia, przekonań, do tego „kto” tę wiedzę ma wykorzystać. Zamiast pytać: „Co wiem i co jeszcze muszę wiedzieć?”, czasem lepiej zapytać: „Kim się staję? Kto kieruje moim działaniem?”.

Wróćmy na moment do przykładu z początku – osoby pragnącej schudnąć. Być może klucz tkwi nie w kolejnym dietetycznym planie (kolejnej informacji dla mózgu), ale w przemianie wewnętrznej: w zmianie obrazu siebie z „otyłej, bezradnej osoby” na „osobę, która potrafi o siebie zadbać”. Ta subtelna zmiana to właśnie przejęcie steru przez prawdziwe „ja”. Gdy uwierzysz, że naprawdę jesteś kimś innym, mózg i ciało zaczną za tym podążać – bo słoń słucha przewodnika, któremu ufa.

Na koniec warto podkreślić: to nie mistyka, to nauka i doświadczenie życiowe. Człowiek od zawsze zmagał się z sobą samym i szukał sposobu, by osiągnąć wewnętrzną harmonię. Filozofowie, religie, psychologia – wszyscy na swój sposób uczyli: poznaj siebie, obserwuj siebie, a staniesz się wolny. W słowach starożytnej Upaniszady: „Dwa ptaki siedzą na jednym drzewie. Jeden z nich zajada owoce (to nasze ciało i umysł doświadczający świata), drugi tylko spokojnie obserwuje”. Stań się tym obserwującym ptakiem.

Może nasuwa Ci się pytanie: czy to znaczy, że jesteśmy jakąś niematerialną duszą? Nauka nie daje tu jasnej odpowiedzi, ale praktycznie rzecz biorąc – możesz żyć tak, jakbyś nią był. Traktuj swój mózg i podświadomość z życzliwością, ale i z dystansem. To wspaniałe narzędzia, które ewolucja Ci dała, lecz Ty jesteś czymś większym. Gdy następnym razem pomyślisz „taki już jestem, nie dam rady”, zatrzymaj się. Zadaj sobie retoryczne pytanie: „Kto to mówi? Czy to na pewno ja?”. Bardzo możliwe, że to tylko stary nawyk – głos słonia. A prawdziwy Ty jesteś tym, kto może temu słoniowi odpowiedzieć: „Spokojnie, damy radę, poprowadzę nas inną drogą”.

Ta refleksja daje nadzieję. Oznacza bowiem, że rozwiązanie wszystkich problemów nosimy w sobie. Nie w sensie magicznej pigułki, ale potencjału do zmiany i wzrostu. Mózg ze swoimi lękami, odruchami, ograniczeniami – to dopiero początek. Gdy uruchomisz świadka i przejmiesz ster, odkryjesz, że możesz przeprogramować swój świat wewnętrzny. A wtedy i zewnętrzny staje się bardziej Twój. Jak powiedział niegdyś Viktor Frankl, który w najtrudniejszych warunkach zachował wewnętrzną wolność: „Człowiekowi można odebrać wszystko prócz jednego: ostatniej z ludzkich wolności – wyboru własnej drogi”. Ty sam jesteś drogą i tym, który nią kroczy. Powodzenia!